Kanał Solo Show na portalu Instagram popularyzuje współczesną i ludową polską sztukę. Jego autorem jest internetowy twórca Tomasz Szymański. Od kilku lat pokazuje pracownie artystyczne i wystawy, przedstawia przeglądy twórczości artystów oraz odwiedza nieoczywiste miejsca, w których odnaleźć można dzieła sztuki. Choć nie jest historykiem sztuki, w swoich mediach społecznościowych przybliża sztukę szerokiej publiczności, bez patosu, dzięki prostej i dynamicznej formie przekazu. Przełamuje hermetyczność świata sztuki, pokazując, że jest dla każdego. Dzięki jego materiałom można poznać nie tylko dzieła, ale także proces twórczy, który za nimi stoi i historie ich twórców, których nie da się znaleźć w podręcznikach. Najważniejszą cechą twórczości Szymańskiego jest zdolność popularyzowania sztuki poprzez prosty, atrakcyjny i angażujący przekaz.
Polska Agencja Prasowa: W swojej działalności internetowej pokazywałeś pracownie współczesnych artystów i artystek, ich pracę „od kuchni”, a teraz prowadzisz serię „NOWA LUDOWA”. Pokazujesz raczej to, co nie jest dostępne na co dzień dla odbiorców. W książce „Ukryte na widoku” robisz coś zupełnie odwrotnego - piszesz o sztuce, która jest na wyciągnięcie ręki. Skąd taka zmiana?
Tomasz Szymański: Od początku chodziło mi o wychodzenie z bańki. Moim głównym celem jest znalezienie sposobu na takie opowiadanie o sztuce, żeby dotarło to do szerszego grona niż profesjonaliści. Nie ma różnicy, czy chodzi o pracownie artystyczne, wystawy czy sztukę w przestrzeni publicznej. Choć ona w tym kontekście jest dla mnie szczególnie pociągająca, bo jest dostępna dla każdego. Książka jest przewodnikiem po galerii sztuki, którą są nasze ulice.
PAP: Nie przedstawiasz w niej wyłącznie rzeźb i murali. Są za to w niej m.in. wnętrza kościołów.
T.S.: Selekcja tych miejsc wiąże się z pozycją, z jakiej o nich opowiadam. To nie jest wybór kuratorski ani artystyczny. Przez pół roku próbowałem napisać książkę, która byłaby naukowym opracowaniem tego tematu. To się nie udało, bo zorientowałem się, że najlepsze, co mogę zrobić, to pójść szlakiem osobistych zachwytów. W żadnym więc wypadku ta książka nie jest kanonem sztuki w przestrzeni publicznej, a listą miejsc, które na mnie wpłynęły - pokuszę się tutaj o dość odważne stwierdzenie - zmieniając moje życie.
Kiedy zaczynałem pisać „Ukryte na widoku” nie planowałem, że pojawią się w niej realizacje sakralne. Jeżdżąc w trasy przy okazji innych projektów, zacząłem odwiedzać kościoły dekorowane przez Jerzego Nowosielskiego. To właśnie on, dzięki swoim spektakularnym polichromiom na suficie w Kościele pw. Ducha Świętego w Tychach, otworzył mnie na duchowość.
Traktuję książkę jako reportaż ze stoczonej walki o własny gust, ponieważ wielokrotnie musiałem wyjść z własnej strefy komfortu i poza przyzwyczajenia ukształtowane przez środowisko, w którym się obracam. Musiałem odbyć tę podróż, aby zorientować się, że na przykład Antoni Rząsa, który jeszcze niedawno był dla mnie synonimem spróchniałej, dawnej, odległej i nudnej sztuki sakralnej, tak naprawdę był wywrotowcem. W książce opisuję jego autorską galerię w Zakopanem, miejsce, w którym można obejrzeć przedstawienia Chrystusów i Maryi jego autorstwa. Duchowni je odrzucali, mówiąc, że są zbyt odważne. Rząsa zmienił moje pojmowanie awangardy.
PAP: Masz ulubione artystyczne projekty w przestrzeni publicznej?
T.S.: Najciekawsza jest sztuka, do której nie musimy podchodzić „na kolanach”, tylko ta, która zlewa się z codziennością. Galeria Mikrob jest najlepszym przykładem. To projekt w centrum Krakowa, niedaleko Rynku, z którym styczność ma ogromna liczba turystów, nienastawionych na kontakt ze sztuką współczesną. W gablocie knajpy można obejrzeć m.in. prace Aleksandry Waliszewskiej, Karola Palczaka i Marcina Maciejowskiego. Żeby obcować z tą sztuką, nie trzeba kupować biletu, przybierać sztucznej, galeryjnej pozy, ani rozmawiać półszeptem. Sztuka wydarza się przy okazji.
Z tego samego powodu uwielbiam parki rzeźby, między innymi na warszawskim Bródnie i w Orońsku. Sztuka tam nie pochłania całej uwagi, tylko wchodzi w dialog z przyrodą. Można np. pojechać na Bródno pograć w badmintona obok rzeźby Magdaleny Abakanowicz. W Orońsku za to, mam wrażenie, że część rzeźb została zapomniana nawet przez dyrekcję muzeum. W mozaice przyrody i sztuki nie muszą zachwycać wcale dzieła Tony’ego Cragga czy Teresy Murak, a te ukryte w krzakach. To jest esencja „Ukrytych na widoku”.
PAP: Jak wyglądał twój proces pracy - spontanicznie odkrywałeś miejsca, o których piszesz w książce czy najpierw robiłeś długi research?
T.S.: Stworzyłem listę, siedząc w bibliotece, bazując na tym, co znałem i co jest uznane. Jednak, kiedy jeździłem po Polsce cały czas coś odkrywałem - np. rzeźbę „100 TON” w Szklarskiej Porębie, o której nikt w mojej bańce nie mówił. To ogromna, spektakularna i szalona realizacja w starym opuszczonym kamieniołomie autorstwa Zbigniewa Frączkiewicza, która nie wpisuje się w dominujące dzisiaj nurty w sztuce współczesnej. W ten sposób natrafiłem także na rzeźby Aliny Ślesińskiej w Kołobrzegu i Lublinie. Odkryłem, dzięki temu historię artystki, która w latach 60. była na piedestale polskiej sztuki. Jako pierwsza Polka miała wystawę po wojnie w Londynie. Nagle jednak zaczęto podważać autorstwo jej prac. Filmowa historia. W miarę jeżdżenia po Polsce te opowieści się przede mną otwierały, więc aktualizowałem listę. Prawdopodobnie gdybym miał więcej czasu na napisanie książki, znalazłoby się w niej mniej miejsc w wielkich miastach.
PAP: Chcesz nauczyć ludzi dostrzegać to, co zazwyczaj ignorują?
T.S.: Chciałbym, żeby to był poradnik patrzenia. W pewnym sensie w książce sztuka jest drugorzędna. To opowieść o rozbudzaniu w sobie ciekawości.
PAP: Skoro ludzie często nie zwracają uwagi na sztukę w przestrzeni publicznej, czemu jej przybywa? Dlaczego miasta decydują się realizować takie projekty?
T.S.: Jest dużo martyrologicznych realizacji pomnikowych, które oscylują wokół podobnego języka, przez co stają się przezroczyste. Dlatego takie dzieła jak neon „Światłotrysk” Maurycego Gomulickiego na warszawskim Żoliborzu są kluczowe. Maurycy mówi o nim, jak o pomniku. Przełamuje dzięki temu typową narrację. Artysta zestawia w tym kontekście metaforę chleba i wody z oranżadą i ciastkami. Chleb i woda są ważniejsze i bardziej potrzebne, ale czym byłoby życie bez przyjemności i wartości, które w suchej kalkulacji schodzą na dalszy plan? To klucz, którym się kierowałem przy wyborze realizacji do książki - wybierałem te, dzięki którym przestrzeń publiczna przestaje być niewidzialna.
Dobrym przykładem jest też działalność Julii Woronowicz, która postawiła w Sopocie pomnik rośliny „Kuksonii Giętkiej”, która dała początek wielu istotom żywym, które dziś nas otaczają. Chciałbym w przyszłości zobaczyć więcej podobnych pomników celebrujących rzeczy niespektakularne – ważne, a jednocześnie rzadko zauważane.
PAP: Co jest dla ciebie najcenniejsze w byciu uważnym obserwatorem sztuki w mieście?
T.S.: Mogę powiedzieć, co mi to dało. Po ostatnim roku mam wrażenie, że sztuka przestała być dla mnie młodzieńczym buntem, a zaczęła być filarem mojej tożsamości. Jak mówiłem Nowosielski otworzył mnie na duchowość. Władysławowi Hasiorowi zawdzięczam to, że nagle inaczej spojrzałem na sztukę ludową, zacząłem być dumny z lokalnej tożsamości, dziedzictwa i rodzinnych korzeni. Barbara Falender zniechęciła mnie do podchodzenia do wszystkiego z ironią. Przestały mnie cieszyć dzieła, które rozmontowują kanon, a najbardziej zaczęły mnie poruszać te prace, które nie boją się wielkich tematów.
Interesuje mnie sztuka, która coś zmienia w człowieku i otwiera na nowe wątki. To może się wydarzyć tylko na żywo, rzadko ma miejsce przez Instagram. Trzeba odbyć fizyczną podróż i stanąć z dziełem twarzą w twarz.
PAP: Jednak to głównie w internecie promujesz i popularyzujesz polską sztukę. Jak obecnie można zachęcać do jej poznawania? To trudne zadanie, ponieważ często odbierana jest jako niezrozumiała, wydumana czy hermetyczna. Jak ty to robisz?
T.S.: Najtrudniejszy jest język, tak samo w przypadku tworzenia treści w mediach społecznościowych i pisania książki. Cykl „Art One Shot”, w którym pokazywałem relacje z artystycznych pracowni był okupiony mnóstwem przygotowań, ponieważ współcześni artyści i artystki często bardzo mocno dbają o swój wizerunek. Konsultowałem z nimi pytania i strukturę materiału. Sztuka ludowa jest dosyć szczególna w tym kontekście. Wystarczy potraktować bohaterów i bohaterki, jak pełnoprawnych artystów, którymi są i rzeczy dzieją się same.
PAP: Prostota i autentyczność jest kluczem?
T.S.: Kiedy pani Ania Góralczuk mówi, że pierwsze makatki robiła z sukienki ukradzionej mamie, jest to dla mnie ten poziom detalu, który od razu angażuje mnie w historię. Odbiorca czuje więź z tymi bohaterami jako z ludźmi. To zmienia perspektywę.
Dokładnie to samo starałem się robić w „Ukrytych na widoku”. Weźmy za przykład realizację wykonaną z emaliowanej blachy Stefana Knappa w Toruniu. Możemy ceremonialnie padać przed nią na kolana i podkreślać wzniosłym tonem, jaka jest wspaniała albo pójść inną drogą – uruchomić w sobie ciekawość i spróbować poznać jej prawdziwą historię. Jego niezwykła technika wzięła się z tego, że umówił się na randkę z dziewczyną, która przyniosła emaliowaną broszkę. Knapp uważnie ją oglądał, aż nagle upadła i pękła. Chcąc ją naprawić zaczął zgłębiać tę technikę, co później wpłynęło na jego sztukę. Zakorzenienie w codzienności to haczyk, punkt zaczepienia, którego myślę, że wszyscy potrzebujemy.
PAP: Jak znaleźć balans między atrakcyjną formą a podejściem merytorycznym?
T.S.: Paradoksalnie największym plusem jest moja największa słabość. Nie wychowałem się wśród sztuki i nie zostałem przygotowany do opowiadania o niej. Moja perspektywa jest cały czas amatorska. To, co jest najważniejsze, a jednocześnie najtrudniejsze, to wykonanie kroku w tył, kiedy pracuję nad nowym materiałem. To moment, w którym myślę o odbiorcy, który po raz pierwszy trafia na mój profil i nie miał nigdy wcześniej do czynienia ze sztuką współczesną. Nie zakładam z góry, że zna profesjonalny żargon i wachlarz nazwisk. Jak poprowadzić narrację, żeby to go zainteresowało?
Drugim kluczem jest synteza. W internecie jest tyle treści, które rywalizują o uwagę odbiorcy, że jest coś aż niestosownego w zakładaniu, że ludzie mają nieograniczony czas i czekają niecierpliwie na to, co mamy, jako twórcy internetowi im do powiedzenia.
Trzecią kwestią jest osobista perspektywa. Nie boję się wplatać do filmów mojego życia codziennego, bo to się układa w jedną całość - opowieść o relacji człowieka ze sztuką. Kategoria „rozumiem dzieło sztuki” jest najbardziej podejrzana, bo dla mnie nie chodzi o to, żeby je zrozumieć, tylko aby wejść z nim w relację. Paradoksalnie, mam poczucie, że najbardziej pojąłem te prace, co do których moja opinia najwięcej się zmieniała na przestrzeni czasu. Lubię te momenty, kiedy człowiek przegląda się w sztuce.
Rozmawiała Zuzanna Piwek
Książka „Ukryte na widoku. 101 opowieści o sztuce w przestrzeni publicznej” ukazała się nakładem wydawnictwa Znak Koncept. (PAP)
zzp/ aszw/ dki/
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu jura365.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz
Śląskie/ 39-latka odpowie za zagłodzenie psa, przywiąza
Macie dane tej *%#)!& To podajcie tez ja przywiazemy i poglodzimy. Sama wyglada jak yebany wieprz a psu zydzila jedzenia. Tak samo *%#)!& pitraktowac
Elo
22:29, 2025-10-08
Warszawa: po raz trzeci rusza akcja "ZOOstaw, NIE
To jest super akcja!!!
Wink
07:29, 2025-04-09
Kępno: zderzenie samochodu z pociągiem na przejeździe;
Proszę rodziny zmarłych o kontakt, przekażę przydatne informacje, Dominik tel. 664 694 990
Dominik
14:22, 2024-09-06
Myślenie zwykle „boli”
Okazją do rozwijania swoich zdolności kognitywnych może być uczestnictwo w szkoleniach informatycznych. Szkolenia w itschool.pl mogą być okazją do tego aby przygotować swój mózg na trudniejsze wyzwania w przyszłości.
Dagonen
18:47, 2024-09-03