Kultura i edukacja

Zamknij

Dodaj komentarz

Pascal Elbé o filmie „Farciarz”: nic lepiej nie rozbraja trudnych tematów niż humor (wywiad)

PAP 07:40, 31.05.2026 Aktualizacja: 18:10, 31.05.2026
Skomentuj Pascal Elbé o filmie „Farciarz”: nic lepiej nie rozbraja trudnych tematów niż humo

„Farciarz” to łącząca elementy komedii, historii łotrzykowskiej i dramatu opowieść osadzona w 1940 r. we Francji znajdującej się pod okupacją niemiecką. Fabuła śledzi losy drobnego oszusta Jeana Chevalina (w tej roli Benoît Poelvoorde), który przestraszył się i zdezerterował z armii. Mężczyzna wmawia swojej żonie Paulette (Audrey Lamy) i ośmioletniemu synowi, że jest bohaterem wracającym z frontu. Gdy prawda wychodzi na jaw, ukochana jest wściekła. Rodzina ukrywa się i żyje w biedzie. Chcąc ratować sytuację, Jean wpada na absurdalny pomysł. Prosi zegarmistrza, by wystawił całej trójce fałszywe dokumenty tożsamości – od tego momentu będą żydowską rodziną Chevalovitchów. Plan zakłada, że skorzystają z pomocy przemytników i przedostaną się do bezpiecznej strefy, gdzie nie ma okupanta. Jednak nawet najmniejszy błąd mogą przypłacić życiem.

 

PAP: W „Farciarzu” szukasz empatii dla bohatera, dla którego inni rzadko ją znajdują. Jean jest dezerterem, oportunistą, ale jego postawa bierze się z woli przetrwania w wojennej rzeczywistości. Uważasz, że kino jest aktem współodczuwania?

 

Pascal Elbé: Głęboko w to wierzę. Nawet jeśli przyszłość rysuje się w ciemnych barwach, trzeba szukać człowieczeństwa i światła. Aby lepiej zrozumieć dzisiejszą rzeczywistość, w której nasilają się problemy antysemityzmu, rasizmu i radykalizacji, musimy dotrzeć do sedna wojny. Zawsze podobały mi się amerykańskie i włoskie filmy okresu powojennego. Uważam, że trafnie ukazują źródła uprzedzeń. Stanowią echo tego, czego doświadczamy, dają okazję do dyskusji. A nie ma lepszego sposobu na rozbrajanie trudnych tematów niż humor. Kiedy się śmiejemy, coś się w nas zmienia. Zaczynamy myśleć inaczej, przestajemy postrzegać świat w czarno-białych barwach. Nie myślimy w kategoriach za albo przeciw. Wyzwalamy się.

 

PAP: W swoim filmie odwracasz schemat. W świecie, w którym Żydzi zdobywają aryjskie papiery, by przeżyć, pokazujesz mężczyznę podającego się za Żyda. Skąd się bierze tak brawurowe pomysły?

 

P.E.: Moim zadaniem jako filmowca jest zaskakiwanie widzów. Zawsze szukam oryginalnego sposobu ujęcia tematu. Zastanawiam się, jak mogę spojrzeć na daną kwestię z zupełnie innej perspektywy albo sięgam po pomysły sprzeczne z intuicją. Trochę tak, jakbym był cukrzykiem, któremu powierzono zadanie kierowania firmą produkującą słodycze. W tym wypadku postanowiłem pograć z fałszywymi wyobrażeniami ludzi o „wyjątkowych przywilejach” Żydów. Potraktowałem to jako wyzwanie. Wątpiłem, czy będę w stanie zrealizować tak szalony pomysł. Jednak jakimś cudem to się udało.

 

PAP: Podobno jednym z punktów odniesienia była powieść „Nazista i fryzjer” Edgara Hilsenratha?

 

P.E.: Moim zdaniem to jedna z najlepszych książek. W swojej kolejnej powieści, „Fuck America”, Hilsenrath opowiedział o Żydzie ocalałym z obozu koncentracyjnego, który mieszka w Nowym Jorku. Bohater jest chłopcem w ciele mężczyzny. Skradziono mu młodość, więc teraz chce po prostu żyć, tańczyć, uprawiać seks. To tak poetycki tekst, że wydaje się, jakby napisał go Tom Waits. Iście punkowe pisarstwo. Czytałem wiele książek o okresie wojennym i powojennym, ale czegoś takiego nigdzie nie znalazłem. Podobne odczucia miałem podczas lektury „Nazisty i fryzjera”. Myślałem: niesamowite, jak można opowiedzieć o czymś takim. W „Farciarzu” składam hołd dziełu Hilsenratha. Moimi najważniejszymi inspiracjami filmowymi są włoskie komedie oraz klasyki Josepha L. Mankiewicza i Ernsta Lubitscha. Ale ilekroć naprawdę chcę wzbogacić się artystycznie, sięgam po literaturę.

 

PAP: Wspomniałeś o kinie amerykańskim i włoskim, ale w twojej fabule widać też nawiązania do klasyki francuskiej komedii, choćby „Wielkiej włóczęgi” Gérarda Oury.

 

P.E.: To słuszna obserwacja. Wywodzę się z teatru i cenię dopracowane scenariusze. Dla aktora dialogi i kwestie są jak partytura muzyczna. Muszą mieć odpowiedni rytm, łączyć się w całość. Lubię wiedzieć, że to, co czytam, ostatecznie padnie w fabule. Pewnie zabrzmi to paradoksalnie, ale dopiero kiedy mam przemyślany, precyzyjnie skonstruowany tekst, czuję niczym nieskrępowaną wolność artystyczną. Może to tłumaczy, dlaczego czuję się zagubiony, oglądając niektóre filmy. Współczesne obrazy za bardzo przypominają kroniki. Podążamy za postacią, by przekonać się, dokąd nas zaprowadzi. Ostatecznie te filmy nie są złe, jednak wolę, gdy historia ma wyraźny początek, środek i koniec.

 

PAP: Kiedy poczułeś, że aktorstwo i scenopisarstwo to za mało?

 

P.E.: Zajęło trochę czasu, zanim poczułem gotowość, by samemu popełniać reżyserskie błędy. Scenariusz jest czymś zupełnie innym niż książka. To utwór przejściowy, który ma się zamienić w obraz. Nawet jeśli piszesz dla kogoś, odtwarzasz sobie w głowie poszczególne sceny. A później oceniasz, czy dana osoba zrealizowała je lepiej, czy gorzej, niż sobie wyobrażałeś. Wolę odpowiadać za własne pomyłki. Kiedy robię film, jestem głową ogromnej rodziny. To trochę tak, jakbym zaprosił na obiad kilka pokoleń krewnych. Panuje lekki rozgardiasz. Żeby zostać usłyszanym przy stole, trzeba walczyć o uwagę. Jeśli jesteś reżyserem, wystarczy, że powiesz „proszę o ciszę” i staje się cud – rozmowy milkną. Uwielbiam pracować z ekipą i aktorami, czuć ich zaangażowanie, widzieć, że dobrze się bawią. Bardzo dbam o atmosferę na planie.

 

PAP: Nie zaliczasz się do grupy twórców, którzy piszą postacie z myślą o konkretnych aktorach. Jednak Benoît Poelvoorde marzył o tym, by zagrać dezertera. Może więc tym razem zrobiłeś wyjątek?

 

P.E.: Nie. Co nie zmienia faktu, że Benoît to wspaniały aktor i wrażliwy, dobry człowiek. Przywodzi mi na myśl dzikie zwierzę, które trzeba oswoić, by zdobyć jego zaufanie. Podczas naszego pierwszego spotkania w Brukseli długo rozmawialiśmy o wojnie. Okazało się, że całkowicie się ze sobą zgadzamy. Żeby poruszyć ten temat, muszę wiedzieć, z kim mam do czynienia, co myśli druga osoba. Benoît jest bardzo mądry, wiele się od niego nauczyłem. Kiedy zapytałem go, jak chciałby pracować nad postacią, odpowiedział, że nie lubi długich przygotowań. Woli poznawać swojego bohatera na planie, dzień po dniu. Nie analizuje jego przeszłości. Nie myśli o tym, co się wydarzy. On naprawdę jest dzikim zwierzęciem.

 

PAP: Towarzyszysz mu na ekranie. Stworzyłeś drugoplanową postać Samuela Goldsteina – Żyda poszukującego zaginionego syna. Od początku zakładałeś, że nie skończy się na reżyserii i napisaniu scenariusza?

 

P.E.: Dla mnie liczą się przede wszystkim filmy, nie mój udział w nich. Długo myślałem o Benoît pod kątem głównej roli. Bardzo chciałem z nim wystąpić, postanowiłem więc sprawić sobie taki prezent. Poza tym spodobał mi się pomysł zagrania postaci odległej od obrazów Żydów w czasie wojny, do jakich przyzwyczaiło nas kino. Owszem, mój bohater ukrywa się, szuka swojego syna, ale nie jest wyłącznie ofiarą. Chciałem go wykreować, zmienić się na potrzeby roli. To zadanie sprawiło mi dużo przyjemności.

 

PAP: Jesteś synem żydowskich emigrantów z Algierii. Dorastałeś w Strasburgu, obecnie mieszkasz w Paryżu. Dużo czasu minęło, zanim to miasto stało się twoim domem?

 

P.E.: Częścią mojej żydowskiej tożsamości jest to, że nigdzie nie czuję się do końca u siebie. Gdzie jest mój dom? Nie wiem. Czasami jest mi tutaj dobrze, czasami nie. To skomplikowane. Kiedy byłem dzieckiem, mieszkałem w Strasburgu, niedaleko granicy z Niemcami. Być może dlatego ciekawią mnie inne kultury. Jestem trochę jak niegrzeczny chłopiec. Lubię się bawić wielką historią, skłaniać do dyskusji. Jeśli udaje mi się przy tym wywołać uśmiech na twarzy widzów, to zwyciężyłem. Często wydaje nam się, że wydarzenia, do których nawiązujemy w filmie, rozgrywały się dawno temu i że od tego czasu wiele się zmieniło. To złudne przekonanie. Ludzie czuli to, co my dzisiaj. Bali się tak samo, śmiali tak samo. Trafiłem ostatnio na świetny dokument o Anne Frank. Pod koniec filmu miałem wrażenie, że oglądam nowoczesną, genialną dziewczynę, która mogłaby być moją siostrą lub sąsiadką. Zupełnie jakby Anne jeszcze wczoraj żyła wśród nas. Dlatego rozmowy o przeszłości są tak ważne.

 

Rozmawiała Daria Porycka

 

Pascal Elbé (ur. w 1967 r.) jest francuskim reżyserem, aktorem i scenarzystą. Początki jego kariery były związane z teatrem – występował na scenie, był współautorem sztuk „Charité bien ordree” i „Tout baigne!”. W kinie zaczął pracować w połowie lat 90. Najpierw dał się poznać jako współscenarzysta filmu fantasy „Babel” i odtwórca komediowych ról w „Fallait pas!” Gérarda Jugnota, a także „Les chiens ne font pas des chats”, „XXL” i „Bimboland” Ariela Zeitouna. W 2004 r. za kreację w „Ojcu i synach” został nominowany do Cezara w kategorii najbardziej obiecujący aktor. Jako reżyser zadebiutował w 2010 r. filmem „Tete de Turc”, w którym zagrał jedną z głównych ról. Obraz zapewnił mu kolejną nominację do Cezara. W kolejnych latach zrealizował „Je compte sur vous” i „On est fait pour s'entendre”.

 

Jego najnowszy film „Farciarz” jest dostępny w serwisach VoD TVP, Canal+, Polsat Box Go i Player. Dystrybutorem jest Monolith Films. (PAP)

 

dap/ miś/

(PAP)
Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu jura365.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%